Druhu, to wszystko przez Ciebie.

Chcę zacząć od “zaczarowanych” wspomnień. Byłam dzieckiem, harcerką, a komendantem naszego hufca był Tadeusz Roszyk, pełen starych, dobrych zasad. Miły pan. Piękne to były czasy, spotkania w harcówce, biwaki, obozy. Obiady gotowane na ognisku, latryny kopane naszymi rękoma, namioty… i zasady wpajane nam w kręgu, mówiące o czynieniu bezinteresownego dobra, pomaganiu słabszym, o honorze itp. Ach, ten wspomnień czar. Akcje niewidzialna ręka, ustępowanie miejsca starszym w tramwaju, przeprowadzanie staruszek na drugą stronę ulicy… i ta rozpierająca duma, że robię coś dobrego, że pomagam razem z grupą przyjaciół.

Druhu!
Rozmawialiśmy niedawno przez telefon, prawie widziałam Twą uśmiechnięta twarz, choć masz policzek sparaliżowany, tak jak i nogi. Och, druhu kochany… Nie śmiem odmówić pomocy Twojej córce, którą wychowałeś według znanych mi zasad. Chciałeś, by świat był otoczony uśmiechem. Moje życie… To wszystko, co czynię to również przez Ciebie.
Czuwaj! Scarlett

Drodzy Państwo, prosimy o przetłumaczenie tekstu Bożeny na język niemiecki. Będziemy go wysyłać do organizacji niemieckich. Dziękujemy!

Poniżej list od Pani Bożeny z Niemiec:

Witaj Scarlett, opiszę Tobie moją historię z prośbą ( a raczej błaganiem o pomoc). Mieszkam od kilkudziesięciu lat w Niemczech.Mam 45 lat, dwoje dzieci.Od prawie 10 lat jestem po rozwodzie. Bez alimentów zarabiam sama na swoją rodzinę.W poprzednim miejscu zamieszkania (zagłębiu Ruhry) moja córka opiekowała się 3 końmi znajomej przez ok. 4 lata. W 2011 przeprowadziliśmy się na północ Niemiec (rejon Emsland) na wieś. Moja córka płakała za utratą kontaktu z tymi trzema końmi więcej niż za utratą swoich koleżanek i kolegów z poprzedniego miejsca zamieszkania. Po kilku miesiącach moi rodzice ze swoimi dwoma psami z powodów ciężkiej sytuacji rodzinnej przeprowadzili się z polski do nas. W grudniu 2012 owa znajoma posiadaczka koni zadzwoniła z płaczem ze musi opuścić teren na którym trzymała konie w ciągu jednego tygodnia i nie ma możliwości znalezienia innego miejsca w tak krótkim czasie. Została jej tylko opcja oddać do rzeźni czego nie była w stanie zrobić lub rozdzielić konie, czego tez chciała uniknąć oddając je w niewiadome ręce.Rozdzielenie koni jest niemożliwe jako ze stoją razem od ponad 8 lat ( o tym w dalszym ciągu). Właściciel terenu specjalnie zaczął wypuszczać konie z terenu, co w dużym mieście jest jak można sobie wyobrazić więcej niż niebezpieczne i bezmyślne. Chcąc jej pomóc, a przede wszystkim ratować konie i sytuację ( tak ze ze względu na emocje mojej córki) trzeba było znaleźć jakieś rozwiązanie. U nas na wsi stał pusty teren wynajmowany przez sąsiadkę, która sie ze swoimi końmi wyprowadziła. Zezwoliła nam bezpłatnie postawić na nim konie na jakiś czas. Z właścicielką koni zostało uzgodnione ze może je przewieźć tutaj żeby miała czas na znalezienie odpowiedniego domu dla tej trójki. Koszty weterynarza i wyżywienia miała ona pokrywać lub się dzielić. Transport miała ona także zorganizować. Tylko krótki czas…. Chodziło o wygraniu na czasie żeby znaleźć rozwiązanie na przeżycie koni.

My ( a raczej moja córka) miałyśmy się nimi tylko opiekować.

Pomimo tego że w tym czasie ja już byłam od kilku miesięcy niezdolna do pracy ze względu na mój kręgosłup zgodziłam się wierząc w to, że owa znajoma się tym zajmie, gdyż znaliśmy ją od lat (już wcześniej pomagaliśmy jej np. w uratowaniu maltretowanego psa, którego przejęliśmy na kilka miesięcy do nas i doprowadziliśmy z prawie nieżywego stanu (jadła kamienie z głodu itp) do szczęśliwej 16 letniej suki owczarka niemieckiego). Owa znajoma przez lata stała się dobrą przyjaciółka dla mojej córki i dla mnie…..Moja córka w styczniu przez dwa tygodnie codziennie przy -20 stopniach i śniegu wyrywała trujące chwasty po pas z zamarzniętej ziemi przygotowując łąkę na przyjazd koni. Trzeba kupić baterię do ogrodzenia itd… Chociaż częściowo zlikwidować ogrodzenie z drutu kolczastego i zastąpić innym.

Stała na tym szopa do której mieściły się dwa, ale nie trzy konie, nie ma prądu ani wody,ale przecież na krótki czas wystarczy i lepsze to niż rzeźnia….

W połowie stycznia 2013 konie miały przyjechać. Tel. od znajomej: koni nie udało się załadować nawet po 6 godzinach z 8 osobami, i środkiem uspokajającym,jako że od lat stały w jednym miejscu. Po kilku dniach tel. Konie po dwóch dniach walki i prób stoją na ciężarowce i jadą do nas. Ona nie może z nimi przyjechać bo samochód zepsuty. 150 km drogi przed nimi….ok. Sianko czeka….Konie dojechały. Przewoźnik najpierw poprosił o pieniądze jako że właścicielka nie zapłaciła wszystkiego,..Konie zostały rozładowane przez moja córkę (którą od razu poznały). Przewoźnik pojechał szczęśliwy że koniec gehenny z załadunkiem.

Można było odetchnąć, że konie są bezpieczne i szczęśliwie biegają w śniegu…

Tel. do właścicielki że konie dojechały…“ OK“ Okazało się w czasie rozmowy że konie są od dawna nie ubezpieczone. Jako że to osiedle domków, dzieci itd. ubezpieczyłam je w tym samym dniu, na moje koszty. Właścicielka nie podała z końmi nic.Oprócz kantarów które miały do przewozu nie było nic. Przez następne kilka dni oprócz wożenia swoim autem osobowym siana, wody w kubłach z domu na teren i próbowania skontaktowania się z właścicielką koni nie działo się nic. Konie się dobrze zaaklimatyzowały, moja córka więcej czasu spędzała znów z nimi niż w domu, więc wszyscy szczęśliwi….Po kilku tygodniach w końcu udało mi się do niej dodzwonić. Obiecała w następnych dniach dowieźć całą resztę. Tak też zrobiła. Wizyta jej u koni: ale mają teraz dobrze…i mamy czas w spokoju znaleźć dom.

Po jej wyjeździe córka przeglądając ich książeczkę szczepień zauważyła że od lat nie były ani szczepione ani odrobaczone. Czyli pierwsza wizyta weterynarza była dość kosztowna (bez szczepienia, bo lekarz odradził jako ze są osłabione) Ale to dla koni, a poza tym właścicielka mi ma oddać, wiec ok. Przez następny miesiąc dużo się nie zmieniło, oprócz tego że po jednej rozmowie z właścicielką okazało się, że ona nie może się do utrzymania koni finansowo dołożyć, bo nie ma pieniędzy, bo musiała ogłosić upadłość finansową. przyjeżdżać też nie będzie, bo to kosztuje, a poza tym po co, skoro my się nimi zajmujemy i my możemy szukać dla nich domu….Od tej rozmowy nie odbierała telefonów, zablokowała nas gdzie mogła w internecie, nie było szansy kontaktu z nią.

Nasza sytuacja finansowa która już przedtem nie była wesoła, ze względu na moją chorobę i wszystkie koszty koni potoczyła się jeszcze bardziej w dół.

W marcu musiałam wyjechać na rehabilitację na 4 tygodnie. Następny problem się pojawił: jak moja córka ma dowozić wodę i siano koniom nie mając prawa jazdy i samochodu? Na szczęście sąsiadka kochająca zwierzęta mieszkająca kilka domów od terenu zaproponowała dać wodę. Kupiłam kilkanaście metrów węża do wody i była woda. Rolnik od którego woziłam autem siano co 2-3 dni zgodził się dowozić w dużych balach. Po powrocie z rehabilitacji zaczęłam działać szukając na własną rękę domu dla nich. Pierwszy tel do „przytuliska“ sprowadził mnie bardzo szybko na ziemię… Bez dowodów własności ( których nie posiadałam) nikt ich nie przejmie.

Ponowne próby skontaktowania się z właścicielką nie dały nic. Jedynym rozwiązaniem pozostał prawnik. Pomimo braku pieniędzy zdecydowałam się na ten krok, Okazało się że właścicielka się przeprowadziła, trzeba było jej szukać…List polecony do niej od prawnika wrócił z powrotem….

Jako że moja córka znalazła numer telefonu do mamy właścicielki zadzwoniła do niej ( smutne że trzeba dzwonić do rodziny kobiety ok. 35 lat żeby znaleźć rozwiązanie). Opowiedziała jej o zachowaniu, o tym jak nas postawiła w sytuacji bez wyjścia z nożem na gardle, tylko dlatego że jej zaufałyśmy i z dobrej woli chcąc jej pomóc ratować życie jej koni. Dopiero po tym jak jej zagroziłyśmy zgłoszeniem tej sprawy na policję i do prokuratury, zgodziła się z właścicielka ( swoją córka) porozmawiać. W czasie rozmowy okazało się,że według jej informacji to my chciałyśmy koniecznie te konie i to ona od nas czeka na pieniądze za przewóz, i cały ekwipunek koni. Za konie także, bo przecież „jakby je wtedy oddała do rzeźnika to by chociaż jeszcze trochę pieniędzy za to dostała“- to mówi o koniach które były „jej oczkiem w głowie“, jak zawsze powtarzała, i posiadała od 10 i 8 lat. Wtedy pokazał się jej prawdziwy charakter..

Mało kiedy brakuje mi słów, ale po tym mnie zatkało na dłuższy moment….

Ledwo mogłam się ruszać, ledwo co wiązaliśmy finansowo koniec z końcem,dwoje starszych rodziców w domu, 4 psy i inne małe zwierzęta przejęte ze złych warunków, nie mając własnego terenu, nie mając do tej pory doświadczeń z końmi (oprócz kilka razy prób jeździeckich), tylko dlatego że to zwierzętom chciałam pomóc uniknąć straszliwej śmierci w rzeźni….I to ja je koniecznie chciałam przejąć?!…

Uzgodnione zostało, że my prześlemy umowę przejęcia koni, żeby była możliwość ich oddania, a ona podpisaną ją nam odeśle. Tak się stało po następnych tygodniach….
Zaczęły się telefony do różnych organizacji, dużych i małych. Zaczęła się walka nie tylko już o przeżycie koni ale także o naszą egzystencję….
Nikt prywatny nie chciał przejąć 3 koni razem, Rynek jest pełny zdrowych i młodych koni,Tym bardziej że najstarszy jest już seniorem i do tego schorowanym, a pozostałe dwa też mają swoje problemy….(więcej na ten temat w opisach koni)

Pierwsze schronisko które było zainteresowane wymagało ode mnie przejęcia kosztów transportu i zapłacenia kosztów utrzymania za trzy miesiące. Do tego po kilku rozmowach okazało się, że najstarszy zostanie przy nich, dwa pozostałe zostaną oddane dalej. W chwili załadowania stracę prawo do wiadomości dokąd konie pójdą i tylko przez nich mogę dostać informację co z końmi się dzieje, ale nie gdzie są. To już bardzo mi się nie spodobało. Pomimo tego że mając sytuację bez wyjścia nie chciałam oddać koni w niewiadome miejsce, tym bardziej że mają być rozdzielone, a o to nie chodzi. Zapłacić kosztów przejazdu i utrzymania przecież nie mogę, bo za co? Dlatego przecież szukam pomocy…..Właściciel schroniska chciał porozmawiać z w właścicielką….ok. Dałam numer tel. Następna rozmowa ze schroniskiem zakończyła się zdaniem, że on wie, ze konie nie są przyzwyczajone do transportu i robią problemy, a on nie ma na to czasu żeby stać kilka dni, więc powinnam od razu zadzwonić do myśliwego i je dać na terenie zastrzelić….

Następna organizacja u której szukałam pomocy. Usłyszałam dużo wyrzutów na temat mojego zachowania, np. że najpierw się bierze zwierzęta ,a potem się oddaje, że w moim wieku się nie choruje, ile kosztuje przez następne lata utrzymanie konia nie dokładając się ani centem, itd…rozmowa została zakończona po tym, jak pani prezes powiedziała mi że oni ratują konie z transportów do rzeźni, a nie z rąk hobbystów ratujących życie wg. mniemania. Mówiąc jej, że błagam o pomoc, że dlatego dzwonię, żeby właśnie nie trafiły do takiego transportu, usłyszałam w odpowiedzi, że to jest szantaż i rozmowa została zakończona.

Następna organizacja. Miły pan (obecnie dobry znajomy,sam posiada 4 konie uratowane z katastrofalnych warunków), nie widzi szans na znalezienia miejsca. Koni nie wolno rozdzielać, ale te schroniska które zna, są przepełnione i stoją przed finansowa ruiną. Sam wozi tam siano (ponad 100 km), żeby konie miały co jeść….Jedno schronisko o którym też słyszałam, odradził mi słowami: ręce z daleka. Konie nie nadające się pod siodło są oddawane do szkółek jeździeckich, a pozostałe głodują….

W maju znalazłam nową pracę. Zmiany 12 godzin, ale trzeba z czegoś żyć, bo my nie mamy co jeść( ale grunt , że wszystkie zwierzaki mają pełne żołądki)….

W międzyczasie podczas festynu na wsi zostały dwie noce pod rząd przez nieznajomych konie wypuszczone z terenu. Chodziły wolne po lesie.Po wsi…Ludzie zaczęli się skarżyć i bać, kobiecie której udostępniła nam teren dla koni została wymówiona umowa dzierżawy. Pomimo tego że mieszkamy na wsi, znalezienie łąki jest rzeczą niemożliwą ( szukałyśmy w okręgu do 30 km) W czasie gdy my pukałyśmy od drzwi do drzwi szukając możliwości, dała nam informację że w następnych 2 tygodniach będzie likwidować ogrodzenie. Krzyk rozpaczy na Facebooku przez znajomą holenderkę, która też pomagała szukać miejsca. W dniu gdy co drugi pal z terenu został usuwany, znalazła się pomoc. Rodzina sama posiadająca konie udostępniła nam swoje letnie pastwisko, bezpłatnie. Następnego dnia przeprowadzka koni na piechotę, w upał, ok 8 km. W końcu zielona trawa zamiast samego piasku na poprzednim terenie…..Konie szczęśliwe, my też. Chwila spokoju…Woda, trawka….po krótkim czasie okazało się, że córka tych ludzi i oni interesują się przejęciem najmłodszego konia. Po kilku tygodniach przyjechała „specjalistka“ koni i trenerka, która stwierdziła, że najmłodszy jest dla jej córki niebezpieczny dla życia….Po tym stwierdzeniu kontakt z matką się zakończył,był sporadyczny tylko z jej mężem. Okazało się także, że ogłosiła nie uzgadniając z nami, że sa trzy konie za darmo do oddania. Wiem, że chciała pomóc, ale dowiedziałyśmy się wtedy o tym, kiedy moja córka dostała wiadomość od nieznajomej, kiedy może tego najstarszego odebrać z całym ekwipunkiem za darmo i czy nadaje się do jazdy…(aż strach pomyśleć co z nim by się teraz stało, kiedy teraz nie nadający się do jazdy, schorowany, tylko dlatego że koń za darmo….pewnie by już go nie było….)

W międzyczasie dalej szukałyśmy łąki. Przez przypadek trafiła się następna kobieta, która chciała pomóc. Pokazała nam dwa miejsca, gdzie stały jej konie. Jedno było za małe dla naszej trójki, drugie miejsce bardziej nam odpowiadało.Tam też stały jej konie. Miało być wolne od 01.09. Hurra! Okazało się, że na krótko przed tą datą, kobieta nie odbierała tel, a łąka którą nam obiecała, nie należała w cale do niej i nie miała prawa jej dalej oddawać. I znowu załamanie…tamta rodzina nas wyrzuca (bo potrzebuje łąki dla swoich koni), łąki innej nie ma a tu trzy konie…
Ludzie którzy tam mieszkają widzieli mnie tam prawie codziennie…Poznali sytuację i dali mi informację gdzie mogę się zgłosić, żeby wydzierżawić tą łąkę. Ten teren oni sprzedali i teraz jest ktoś inny właścicielem. Udało sie!!! Dostałam nawet kawałek więcej, ale nie ogrodzony. Trudno. Umowa podpisana. Wymienić częściowo drut kolczasty na materiał, oczyścić z grubsza koparką szopę ( dzięki sąsiadowi za miedzy,odpłatnie, bo przecież tego nie posiadam ), bo od kilku lat stania tam kilku koni nie było tam sprzątane, ani padok…. po prawie dwóch tygodniach pomimo moich 12-sto godzinnych zmian nocnych i dziennych, był na tyle teren gotowy, że mogły być przewiezione konie. Przyjechał ten dobry koniarz z przyczepą, córkami i znajomym. Druga przyczepa z samochodem też była pożyczona (przy moim nie miałam nawet haka holowniczego). Nasza trójka rodzinna plus 7 osób do pomocy rano gotowi…Oczywiście konie dobrowolnie na przyczepę nie wejdą. Najstarszy dostał środek w paście na uspokojenie. Nic. Po ok trzech godzinach prób, drugi raz…Tez nic…Tamte też nie wejdą. Jako że musiałam iść na nocną zmianę, nie było innego wyjścia niż przeprowadzić znów na pieszo…..

A tu czas ucieka….Po kilku godzinach marszu, przeszłych 18 km osiągnęliśmy nowa łąkę….konie szczęśliwe, bezpieczne, ja do pracy na noc…

Powoli trzeba było ogrodzić tą nie ogrodzoną część łąki…trawy nie dużo, bo piasek, ale jest. Druga część łąki poniżej wybiegu niedostępna po deszczach i od jesieni do późnej wiosny, bo graniczy z prawdziwym bagnem…Ale jest i to jest najważniejsze. Mamy prąd i wodę, po jakimś czasie udostępniono nam garaż na składowanie siana…bajka…dla koni. Dla nas tragedia się pogłębia….
Moi rodzice (oboje po 80-siątce), Tato mój bardzo schorowany już przed przeprowadzką tutaj upada coraz bardziej na zdrowiu, moja córka spędza kolejne miesiące w szpitalu, traci rok w szkole, ja wykończona pracą po 12- stu godzinach , 13-stu poza domem jeżdżę do koni przed lub po pracy… finansowo pomimo pracy coraz gorzej,…..w międzyczasie uratowałam kilka kotów przed śmiercią głodową (najmniejsze były w tym roku w sierpniu po 108 i 105 gr) i chorobami, bo nikt się tym nie zajmował….nie potrafiłam ich tam zostawić na pewną śmierć i spokojnie iść spać, bo jestem przecież zmęczona a koty nie moje….

Córka wraca ze szpitala, zaczyna się szkoła.. następne pobyty w szpitalu miesiącami, następny rok zawalony,…walka o egzystencję trwa…,brak pieniędzy na życie,jeden pies choruje, trzeba uwolnić z cierpień (zaawansowany nowotwór), konie zapadają na zdrowiu (szczególnie najstarszy), długi u weterynarza rosną…( a mam ich sporą sumę już), niezapłacone rachunki na stercie też rosną, sił zaczyna brakować, kręgosłup stale się odzywa, zdrowie odmawia posłuszeństwa, codzienne problemy się jakimś „cudem“ mnożą, ale trzeba walczyć i być….
Moi rodzice też nie młodnieją, starają się jak mogą, ale sił brakuje ( szczególnie mojemu tacie, który do wszystkich ciężkich chorób ma ostatnio wielkie problemy dodatkowo z chodzeniem z powodu zaniku mięśni i nerwów w obu nogach- postępujące, nieuleczalne)

Strach o byt mojej rodziny nie daje mi spać. Wiem też,że gdyby któregoś z tych najbliższych mi rodziców by zabrakło, nie stać mnie będzie nawet na wynajem domu w którym teraz mieszkamy…
Nigdzie nie chodzimy, żadnych wycieczek nawet na jeden dzień, nie mówiąc o nowych rzeczach.

Moje kontakty społeczne zanikły z poprzedniego miejsca zamieszkania, a na zawieranie nowych tutaj nie ma ani czasu ani sił…więc zostałam sama z tym wszystkim. Nie skarżę się na swoje życie. Mam kochanych rodziców i dzieci, ogromną i ciepłą miłość w domu, kochane zwierzęta w domu i na łące…ale miłością tylko nie da się żyć, tym bardziej nie zapobiegnie to chorobom i głodowi…
Często jadąc do koni po swojej zmianie, zmęczona, niewyspana, pełna obaw o byt i przyszłe życie tuląc się do któregoś z nich obiecuję im, że pomimo tego że nie chcę ich oddawać, znajdę im dobry dom, razem, na zawsze, do ostatniego ich tchu o to walcząc…a odpoczynkiem jest dla mnie nawet jeżdżenie taczką po wybiegu i zbieranie „pozostałości“ po wielkim żarciu….wracając do domu z niejedną łzą w oku popatrzę się na swojego psa, który na powitanie swoje prawie 40 kg próbuje wleźć mi na kolana,swoją małą hiszpańską uliczną sunię na krzywych bolących łapach (przejęta z ochrony zwierząt) i psa rodziców który przy przejęciu mając kilka miesięcy nie wiedział o życiu nic (wychudzony,nie znał nawet schodów i wszystkiego się bał) i uratowane miauczące też na powitanie moje 3 uratowane i wykarmione butelką kotki, nabieram nowych sił na dalsze działanie….Dla niektórych moje zachowanie jest szczytem naiwności i głupoty…brać konie nie mając pojęcia o ich utrzymaniu…dla mnie to jest zwierzę, które jest w potrzebie i obojętne czy ma to cztery kopyta i jest duże, czy małe i ma dwa skrzydła, czy cztery łapy i miauczy z głodu lub bólu….i wiem też jedno, że nawet teraz nie zostawiłabym w potrzebie…wbrew zdrowemu rozsądkowi….

A teraz opis moich ( naszych) trzech bohaterów:

wszystkie konie mają całoroczny wybieg. Żyją na wolnym terenie nie stojąc w żadnych boksach. żyją z tym od 10 (8)lat i dla nich to jest raj czuć się wolnym, a przynajmniej nie być zamkniętym, chodzić i zwiedzać jak się chce. Konie stoją razem od 8 lat. Była właścicielka koni kupiła najmłodszego, który przez jakiś czas stał z ukochanym starym kucykiem na łące. Po tym jak właścicielka kucyka po prostu go w nocy wywiozła, najmłodszy bardzo cierpiał, biegał przy płocie krzycząc za kumplem i nie jadł przez 2 tygodnie. Z tego powodu była właścicielka dowiozła obecne dwa konie.
Wszystkie 3 to wałachy, Regularnie odrobaczane, pod kontrolą weterynarza (w razie potrzeby- a ich było sporo), konie pozostały nadal bez szczepień, gdyż weterynarz nam odradził, skoro stoją razem i nie mają kontaktu z innymi końmi, szczepienia nie są konieczne.Planowana jest także wizyta osteopaty dla wszystkich trzech w tym miesiącu.

LORBAS zwany przez nas Opi (Dziadziuś) ur.1991 Wysokość w kłębie ok. 175 pozycja w stadzie: druga

Koń który chodził wcześniej na zawodach w skokach. U któregoś z byłych właścicieli został w boxie w którym był niezabezpieczony kabel pod prądem. Niestety trafił na niego. Swoim okiem. Stracił oko. Oko w większej części wypłynęło, nie widzi na nie, nie zostało zaszyte, bo według lekarzy weterynarii może lepiej się tak samo czyścic. A byłby to tylko zabieg upiększający, gdyby ktoś nie mógł się na nie patrzeć, ale po co męczyć konia operacją plastyczną? Potrzebne jest regularne czyszczenie chusteczką (z grubsza) tego oka, co nie jest dla niego żadnym problemem. Dla kogoś nowego jest to kwestia przyzwyczajenia.

Jako że był eksploatowany na zawodach ma teraz problemy ze stawami ( arthrose). Dają mu się szczególnie w czasie zimnej i mokrej pogody we znaki. Jednak długi czas po diagnozie to on był tym który zapraszał młodszych do galopowania po łące i do zabawy. Jest bardzo silny, chociaż teraz już coraz mniej. Co do głaskania ma coś z kota. Kiedy on chce i ile on chce…. jak on sobie nie życzy odwraca się tyłem i idzie. Poza tym jest bardzo uczulony na meszki, co doprowadza go do nerwicy od wiosny do jesieni. Pomimo smarowania i psikania wszystkimi możliwymi preparatami, dodawaniu nawet czosnku do jedzenia ( tu się zdania na temat czosnku dla koni dzielą), nic nie pomaga. Chodzi więc ubrany w derkę dla egzemów i się drapie o wszystko co można i cierpi…(już sama nie wiem ile razy rozwalił koryto drewniane na siano). Wydrapuje sobie rany na uszach, szyi i zadzie. Nierzadko do krwi. W czasie deszczu i zimnych porach roku odżywa w oczach.Nigdy odkąd go znamy( widocznie taka rasa-Branderburger ciepłokrwisty),nie był gruby. Odkąd jednak zamieszkał u nas zaczął chudnąć.Po kilku tygodniach pobytu u nas lekarz weterynarii stwierdził, że od lat nie było robionych zębów. Zostały zrobione natychmiast. Lorbas miał częste biegunki, które nie sprzyjały przytyciu. Stała kontrola weterynarza. Zaczął być dokarmiany oprócz siana. Moczone wysłodki z buraków, mieszanka musli dla seniorów, płatki kukurydziane. Codziennie całe wiadro. Nawet na drugiej łące pomimo świeżej soczystej trawy nie było wielkiej poprawy.W międzyczasie kontrola krwi. Niedobór selenu. Preparaty doprowadziły do dobrych wyników. Weterynarz dalej polecał dokarmianie.i tak dostaje do dzisiejszego dnia..
Jest dodatkowo pod kontrolą i leczeniem homeopatycznym. Od kilku dni zostało menu zmienione na lucernę,płatki kukurydziane i minerały. Ok tygodnia temu dostał w ciągu 2 godzin silne rozwolnienie, jakiego do tej pory nie było. Na tyle było z nim źle, że w czasie jedzenia się położył i robił pod siebie wodą. Oczywiście natychmiast tel. do weterynarza pomimo późnej pory i weekendu kontakt z homeopatką. Zastrzyki… Stan 2 dni później dobry. Polecane jest badanie endoskopii jelit, jako że jest tyle dokarmiany i nadal chudnie, niestety jest to kwestia paruset euro na które mnie niestety nie stać.

Niejedna osoba stojąca z boku mówiła żeby go uśpić. Stojąc tutaj na wsi jedna posiadaczka koni chciała nas podać do ochrony zwierząt za maltretowanie i głodzenie konia (dziwne tylko że dwa inne dobrze wyglądały). Powiem szczerze, ze gdybym takiego konia samego zobaczyła, pewnie zrobiłabym to samo.
Koń z charakteru jest jak starszy gościu Emotikon wink (proszę nie brać osobiście) Ma swoje maniery, jest trochę uparty, jednak nigdy nie jest agresywny. Z kowalem i z weterynarzem nie ma problemu (chyba że mu chce zrobić badanie rektalne- bezpieczny odstęp zalecany, a nogi ma długie..). Nie kopie, nie gryzie, w czasie gdy jeszcze chodził pod siodłem można było małe dzieci na nim posadzić (nawet ja się odważyłam na nim usiąść kilka razy). Jest jak ubezpieczenie na życie. Ze względu na swoje dolegliwości nie jest jeżdżony od dłuższego czasu i tak powinno zostać. Przez to że nie jest ruszany ma słabą albo częściowy zanik mięśni. Zacznie się go ruszać- zacznie dalej spalać i chudnąc. I rusza się kiedy on chce i ile chce… On chce żyć!

XANDOS zwany Bubu ur. w 1997 wysokość w kłębie ok.160 cm kłusak pozycja w stadzie: najniższa

Kłusak, biegający na wyścigach (gdzie był bity-jak większość koni), kochany charakter,uwielbia się tulić, można z nim zrobić wszystko, wszędzie musi być, byle tylko być w pobliżu człowieka. Weterynarz, kowal,żadnego problemu.To za nim moja córka płakała najbardziej. Od początku był on dla niej bratnią duszą i powierzycielem…

Koń gdy trafił do byłej właścicielki panicznie bał się bata, nie dał dotknąć się do głowy, był panicznie wszystkim przestraszony. Moja córka chodząc tam powoli zabierała mu ten strach. Teraz (po latach przyzwyczajenia i treningu) koń uwielbia jak się go głaszcze po głowie, bata się u nas nie używa, ale tez już się go nie boi. Była właścicielka miała kilu specjalistów, którzy mieli go ujeździć pod siodło. Każdy z nich zeskakiwał mniej albo więcej dobrowolnie, bo koń kręcił swoje rundy (w tempie znanym z wyścigów kłusaków), a czym więcej ich było, tym koń szybciej biegał i nie dało się go zatrzymać. Galopu nie znał. Moja córka jeśli już na nim siada, to bez siodła i bez uzdy. Potrafi teraz galopować. Koń jeśli wychodzi poza teren potrafi jednak nadal przestraszyć się np. szczerzącego zęby małego kamienia przy drodze. Przeszłości nie zawsze da się wymazać. Na co dzień jest to koń anioł. Potrafi wyczuć nastrój, czym bardziej się jest smutnym, tym bardziej się tuli….

Oprócz tego ze ma psychiczny uraz, którego się na pierwszy rzut oka nie rozpozna, jest od kilku miesięcy także dokarmiany. Przy pierwszej wizycie weterynarza także u niego było stwierdzone, ze od lat nie były robione żeby. Żeby ( jak u pozostałych dwóch )były kontrolowane regularnie,ostatni raz 2 miesiące temu. Nic nie trzeba było robić.

On także miał silne rozwolnienie w ostatnim tygodniu (pierwsze od czasu kiedy u nas stoi), do niego weterynarz musiał 2 razy przyjeżdżać. Stan obecny dobry. Do tego u konia było podejrzenie (stwierdziła to specjalistka, która stwierdziła także, ze najmłodszy jest niebezpieczny dla życia) ataxie. Choroba nerwów. Oczywiście od razu weterynarz do konsultacji. Testy. Koń nie ma ataxie, ale ma lekkie problemy z równowaga. Trzeba uważać np. przy znieczuleniu (np. zęby)albo kowal. Są czasy kiedy potyka się o własne nogi. Ale nie jest to stan stały.
Koń w stadzie ma najniższy status. Wszystkim usuwa się z drogi, przez co jeszcze bardziej szuka bliskości ludzi. Także jest pod opieka homeopatki, ze względu na lekkie chudnięcie i braku pewności siebie. To ostatnie zaczęło działać. Bubu potrafi już postawić się Dziadziusiowi, albo stać obok szeleszczącej foli i nie uciekać w panice i nawet potrafi niejakie sztuczki. Bubu ma bóle kręgosłupa niewiadomej przyczyny. Nie jeżdżony od dłuższego czasu, także z tego powodu.

WESTWARD zwany Dickie ur.2003 wysokość w kłębie ok 163 cm kłusak pozycja w stadzie THE BIG BOSS

Najmłodszy w stadzie, najbardziej pulchny i przeżarty, przy jedzeniu musi ON być pierwszy, on musi tylko dostać, innych się przegania, Jak on się naje, mają pozostałe prawo w spokoju zjeść.
Dominujący charakter. Trzeba u niego konsekwencji. Gdy poznaje kogoś nowego testuje swoje granice, ale jeśli pokaże mu się stanowisko ustępuje i respektuje. Próbuje codziennie udowodnić co się mu należy, albo czeka na chwilę słabości (np. w czasie karmienia dodatkowego próbuje przegonić innych) chociaż dobrze wie, że u nas to nie przejdzie. Ale się próbuje na nowo. Jest uparty. W poprzednim miejscu próbowało 7 osób jednocześnie podnieść mu nogę u kowala albo po prostu do wyczyszczenia, a on nie…no i nie podniósł.
Kowal, weterynarz teraz już bez problemu. Koń nie ujeżdżony do końca. Nam to nie przeszkadzało. Córka na nim jeździ (od czasu do czasu). To jest ten własnie „Morderca“. W stosunku do ludzi ciekawski, potrafi sztuczki widząc smakołyk, potrafi żebrać na różne sposoby. Potrafi przejść pod ogrodzeniem (pojedynczym), rozwiązywać sznurki,supeł bezpieczeństwa w czasie np. czyszczenia, 2 razy zamknął moja córkę w szopie z sianem zasuwając zasuwkę. Bardzo inteligentny koń potrzebujący konsekwencji i zadań. Chociaż udaje leniwego i pokazuje to ostentacyjnie że mu się nie chce, jest najbardziej póżniej zadowolony z ruchu.

On także jest kochany, przytuliński. Na niego było w czasie poszukiwań miejsca najwięcej chętnych. Bardzo dobre pochodzenie, młody itd. Zastępuje częściowo Lorbasowi brakujące oko.
Sam ma problemy z oczami, a raczej z nowotworem. Sakroid. Nieszczęśliwie rosną mu z obu stron przy oczach. Z jednej strony do środka oka. Ten nowotwór ma to w sobie, że póki można, nie powinno się go ruszać, bo ma tendencje wyrośnięcia w tym samym miejscu w dużo większych rozmiarach, lub pojawić się w innych częściach ciała. W zeszłym roku był moment, gdy koń nie mógł otworzyć oka. Podrażniło to na tyle spojówkę w ciągu kilku godzin, ze natychmiast trzeba było znów po doca dzwonić. Zastrzyki, maści itd załagodziły jak na razie do dnia dzisiejszego. Istnieje jednak możliwość, że w razie powiększenia się jego, trzeba będzie usunąć całe oko.

Koń także jest pod opieką homeopaty. Nowotwór jak na razie minimalnie się zmniejszył, więc istnieje nadzieja jeśli nie wyleczenia, to przynajmniej nie rośnięcia.
Ma problemy z kręgami. Nie były do tej pory prześwietlane, jednak nawet przy dotyku koń reaguje na ból. Okolice od łopatek do miednicy.Stwierdzone także przez weterynarza i fizjoterapeutkę koni. Do tego strzykają mu często stawy tylnych nóg.

Siano przy karmieniu trzeba dobrze roztrzepać, przez swoją zachłanność także ma tendencję do zatykania przełyku, dławi się. Koń od dawna nie jeżdżony, tak jak inne dwa,delektują się nie robieniem niczego….. Przy pierwszej wizycie weterynarza było stwierdzone, ze koń ani razu jeszcze nie miał robionych zębów (miał wtedy lat 10). Jeden ząb jest ułamany( od tego roku-na razie nie robi problemów)) Regularne kontrole. Przy ostatniej wizycie kowala (ok.2 miesiące temu) zostały mu przypalone kopyta, gdyż bardzo mu pękają wzdłuż. Zdaniem kowala leży to na podłożu (teren bagnisty). Jak i u pozostałych kopyta smarowane są regularnie specjalnym olejem. O tych wszystkich dolegliwościach, chorobach i całej reszcie w całości dowiedziałam się po tym, gdy konie stały już u nas. Przecież to tylko na krótko…..

Mam tak trzy konie, wszystkie trzy nie są zdrowe, potrzebują masę czasu, miłości, dodatkowego wyżywienia i oczywiście środków finansowych. Staramy się jak możemy żeby im to wszystko zapewnić, co do tej pory się „jakoś“ udawało zaciągając długi. Jednak dno tej studni już dawno świeci, a moje możliwości także jako zwykły śmiertelny człowiek się skończyły. Fizyczne i finansowe.

Moją wiarę we wszelkie instytucje w pewnym momencie także włożyłam do lamusa. Jednak się nie poddałam. Nadal szukam tego miejsca, gdzie marzenia się spełniają, te końskie, by zostać razem do śmierci pod dobrą opieką, i te ludzkie, o które tyle walczyłyśmy….gdzie konie te będą bezpieczne,delektując się nadal wolnością bez jakiejkolwiek pracy i zamknięć, a my będziemy miały możliwość dostania informacji, zdjęć lub nawet ich odwiedzin.

Czy takie miejsce istnieje? Gdzieś na pewno. Tylko trzeba nadal szukać i wierzyć w rzeczy niemożliwe.

Że ktoś przejmie 3 chore konie razem, które nie przynoszą żadnych zysków, zaopiekuje się nimi według ich potrzeb, zapewni opiekę lekarską,przestrzeń, ale za to upiększają życie swoim bytem, odwzajemniając przywiązaniem, wesołym rżeniem na powitanie…. Szukam pomocy przeskakując swój własny cień i opisując właściwie życie i problemy prywatne na szerokim forum.
Boję się uzasadniono jednak o egzystencję swojej małej, ale bardzo kochanej rodziny, nie już mam nic do sprzedania, długów coraz więcej, rodzice coraz starsi, i co będzie dalej….?
Ktoś ostatnio mi powiedział: i po co to robisz? Zaharujesz sie, zadłużysz, zamęczysz, z życia nic nie masz ani ty , ani rodzina, a na nagrobku jak padniesz i tak nikt nie napisze: uratowała ileś tam zwierząt przed śmiercią….

Ja tego nie robię żeby ktoś miał coś tam napisać, ja to robię z miłości do zwierząt. Tu i teraz i póki mogę….. Pełna nadziei i wiary w cuda, Bożena

 

Nasza strona używa ciasteczek (tzw cookies). dowiedz się więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do Twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje

Zamknij